Sesja z Katarzyną Jabłońską

Niedawno w galerii na tej stronie ukazały się zdjęcia z sesji z udziałem Katarzyny Jabłońskiej, którą miałem okazję przeprowadzić w Lubawce podczas pleneru interdyscyplinarnego Instytutu Sztuki UO.

IMG_0229

W przedsięwzięciu wzięli udział:
Katarzyna Jabłońska – modelka
Beata Świerc – „nosicielka” pomysłów
Dariusz Śmigielski – „nosiciel” pomysłów i główny pomysłodawca.

Tak jak już wyżej napisałem, Darek, główny pomysłodawca, po nagraniu ze swoją ekipą filmu (na temat: „Absurdalne Opowieści” – jeden z dwóch, które realizowaliśmy podczas pleneru): „Pętla” , wpadł na pomysł zrealizowania sesji z występującą w filmie Kasią i przedstawił go mnie. Ustaliliśmy, że idealnym kontrastem dla naszej modelki będzie złomowisko. Całe szczęście miejsce spełniające wymagania znalazło się bardzo szybko, a właściciel złomu zgodził się bez przeszkód.

Efekty możecie oglądać w galerii, gdzie również bardzo mocno Was zapraszam.

Odświeżamy…

Co prawda bez rewelacji, ale jednak wiosna w końcu ogarnęła Środkową Europę. Długo czekaliśmy na świeży powiew, więc nie może go zabraknąć również na tym blogu. Choć może trudno mówić o świeżości biorąc pod uwagę tematy prac, które zamieszczę poniżej…

W życiu każdego studenta pojawia się chwila, w której postanawia jednak przyswoić i zrozumieć to co było mówione na zajęciach. Edytory tekstu i obrazu zaraziły mnie pewnym uwielbieniem do Photoshopa i fotomontaży. Wiadomo, że wiedza to nie wszystko, ale również praktyka, dlatego poniższa praca nie jest tak dobra, jakby się tego oczekiwało. Nie zmienia to jednak faktu, iż po jakimś czasie mogą ujrzeć światło dzienne o niebo lepsze prace. Niektórzy mogą zdziwić się w związku z zamieszczeniem na tym blogu „zdjęcia-nie-zdjęcia”. Jednak ja uważam, iż fotomontaże i prace wykonane w programach graficznych bazujące na zdjęciach to nadal fotografia.
Na razie prezentuję tutaj fotomontaż, który wykonałem ostatnio późno w nocy (lub jak kto woli wcześnie nad ranem). Z racji małego romansu z grą The Walking Dead polubiłem tematykę zombie. Oto efekt nocnej zabawy z Photoshopem.

478069_458362064246628_149147701_o

Możliwe, iż w przyszłości pojawiać się będą podobne prace. Co o tym sądzicie? Piszcie opinie w komentarzach, bądź na podstronie Wyraź się.

Pozdrawiam!

Suburban

Wychodząc na przeciw Waszym wymaganiom, chciałbym spełnić prośbę, która pojawiła się w jednym z komentarzy. Mianowicie jedna z Internautek poprosiła, bym dodał kilka zdjęć zimy, która po raz kolejny pokrzyżowała plany drogowcom, zaskakując ich w środku grudnia (sic!) opadami śniegu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego (wszak aparat mam i zdjęć powinienem dodawać każdego dnia po kilkadziesiąt), gdyby nie fakt, że w najbliższym czasie nie planowałem żadnych wypadów na łono natury, biorąc pod uwagę nawał pracy i obowiązków, które przykuły mnie do urbanistycznego świata. Jednak coś mnie tknęło… popchało kamyczek, który stwierdził, że zrzuci kilka większych i zobaczy co się stanie. Po jakimś czasie wylądowałem na – może niezbyt, ale zawsze – „dzikim” terenie, jakimi są pola Zaodrza, wyspa Bolko i oba brzegi nieprzewidywalnej Odry, a także inne tereny pod Opolem, które w mniejszym, bądź większym stopniu stwarzają sytuacje wolne od innego człowieka.

SONY DSC

Nie wiem dlaczego, ale zawsze myśląc o podmiejskich, „wolnych od ludzi” miejscach, przychodzą mi do głowy wały przy rzekach. Może dlatego, że mieszkając jeszcze jakiś czas temu w Brzegu, często wychodząc zrobić zdjęcia krajobrazowe, zawsze trafiałem nad Odrę, gdzie mogłem z bliska obserwować stada saren, a także – jeśli miałem dość szczęścia i zwinności (podczas podkradania się) – kilka bocianów i żurawi. Wydawało mi się, że jest to taki świat, gdzie zmysły zwierząt są nieco mniej wyczulone, z racji małej ilości drapieżników (w tym ludzi), na bodźce z zewnątrz. I są po prostu spokojniejsze. Tak, czy inaczej, kiedy wkraczałem na wał i kiedy nawet po kilka godzin szedłem nim, zbaczając co chwilę w zagajniki, kiedy zobaczyłem coś ciekawego, wydaje mi się, że właśnie w ten sposób zaspokajałem potrzebę bycia blisko natury. Cóż, niewiele człowiekowi potrzeba, gdy inne możliwości są trudniejsze do zrealizowania. Chyba te „wypady” odcisnęły na mnie takie piętno, że ilekroć pojawia się pomysł: „krajobraz podmiejski”, myślę o swoich pierwszych samotnych wędrówkach.
Wracając jednak do tematu aktualnego. Postanowiłem najpierw spróbować uchwycić zwierzęta po stronie wyspy Bolko. Jednak idąc wzdłuż brzegu nie napotkałem żadnego. Nie zdziwiłem się za bardzo. Nadodrzańskie tereny w Opolu są lepiej zagospodarowane, niż te w Brzegu i częściej można tu spotkać amatorów biegania, nordic walking’u czy jazdy na rowerze. Biorąc ten fakt pod uwagę, powinienem przewidzieć, że na tak mocno uczęszczanej trasie nie spotkam się z dzikością (chyba, że wezmę pod uwagę odgłosy mieszkańców pobliskiego ZOO). Przeszedłem więc na drugi brzeg i poczłapałem wzdłuż wału, obserwując bacznie każdy skrawek zaodrzańskich pól przysypanych sporą ilością śniegu (choć kiedy to piszę, w miejscu gdzie moja noga jeszcze kilka dni temu spotkała się z lodem, teraz zalega tylko błoto). Niestety… i tu nic. Tylko pagórkowate tereny, gdzie znajduje się między innymi Winów (który od niedawna ubóstwiam za jego piękne tereny, a które postaram się pokazać, jeśli jeszcze raz spadnie tyle śniegu, ile było tam, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem granice tej małej wioseczki) majaczą w oddali, zamglonej i tajemniczej. W powietrzu unosi się głos dzwonu, który ogłasza mi, że kolejną godzinę straciłem idąc przed siebie i nic nie znajdując.
Doszedłem do sporych rozmiarów kamienia, na którym władze niedaleko leżącej miejscowości Boguszyce umieściły tablicę upamiętniającą powódź z 1997r. i fakt, że zalało wtedy kilka domostw. Tutaj postanowiłem przerwać swoją wędrówkę i zawrócić (bo nigdzie na mojej drodze nie mogłem się spodziewać żadnej, nawet najmniejszej przeprawy przez Odrę). Przede mną kolejne dziesiątki minut, które będę musiał poświęcić na dołowaniu się nad losem biednego, poczciwego amatora fotografii, który nic nie „upolował”.
Jednak los chyba postanowił się do mnie jednak uśmiechnąć. Bowiem idąc drogą powrotną, rozmyślając gdzie poukrywały się wszystkie zwierzęta, zza zakrętu wyłoniło się małe, bo liczące tylko trzy sztuki stadko saren. Natychmiast padłem na ziemię, żeby ich nie spłoszyć, z nadzieją, że i one mnie nie zauważyły. Niestety, jedna z nich spojrzała w moim kierunku. Więc, żeby nie narobić zbytniego rabanu powoli wyciągnąłem aparat. Wychyliłem się zza grudy śniegu. Raz, dwa, trzy… Moja powolna seria starała się uchwycić zwierzęta. Sarny popatrzyły się na mnie ze zdumieniem, po czym powoli zaczęły odchodzić w przeciwnym kierunku. Postanowiłem zabawić się z nimi „ciuciubabkę”: kiedy się odwracały ode mnie, szybko pokonywałem kilka metrów, a kiedy spoglądały na mnie – przystawałem. Jednak ta zabawa chyba słabo im się spodobała, bo po chwili popędziły w stronę pobliskiego zagajnika. Oczywiście skorzystałem z tego i zrobiłem kilka ujęć, jednak biorąc pod uwagę możliwości mojego aparatu, na niewiele się mój wysiłek zdał – zdjęcia są rozmazane i nieostre. Nawet gdy w popłochu sarny przebiegły tuż przede mną, przeskakując wał na kolejnych klatkach widać tylko niewyraźne ich kształty…
Zdołowany i przemarznięty udałem się szybko w kierunku centrum, po czym zamknąłem drzwi od domu i zaparzyłem ciepłą herbatę.
Cóż, nie mogę powiedzieć: „nie próbowałem”. Zdjęcia okazały się totalną klapą, jednak moja wrodzona duma nie pozwoliła mi się tak łatwo poddać. Kilka dni później postanowiłem spróbować przyjrzeć się zwierzętom na brzegu po stronie miasta. Już nie musiałem brnąć w śniegu – trochę stopniał, a kostka, którą wyłożona była droga była odśnieżona. Chciałem niemal śpiewać z radości, że warunki się nieco poprawiły, a słońce napełniało mnie pozytywną energią. Idąc wzdłuż brzegu co chwilę napotykałem ciekawe sytuacje, umożliwiające mi zrobienie kilku zdjęć, a które stały się zwieńczeniem moich starań. Nadzieje przywróciły mi kaczki, łabędzie, kosy, gile… Chwała im, że one pozostały na swoich stanowiskach:) Droga, która zwykle zajmowała mi półtorej godziny, teraz zmieniła się w czterogodzinny marsz z przerwami na zdjęcia. Byłem zadowolony z tego faktu w takim stopniu, że nawet wyczerpanie się akumulatora z zimna nie zepsuło nastroju. Mam kilka zdjęć, z których jestem dumny i to się liczy.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Zapraszam do oglądnięcia również kilku zdjęć zamieszczonych w galerii. Być może w niedalekiej przyszłości pojawią się w niej również fotografie bardziej bliskiego mi środowiska, jakim jest urbanistyczny świat blokowisk, fabryk i szumu samochodów…

Trzy metry pod niebem

Choć można sądzić – patrząc na datę mojego najnowszego wpisu, czyli 16 grudzień – że po raz kolejny “zawaliłem” sprawę, jeśli chodzi o tego bloga – to mam co-nie-co na swoje usprawiedliwienie. I nie będzie to ani palec, ani główka – jak każda popularna wymówka (ot, jak pięknie się zrymowało). Moją nieobecność tłumaczyłbym między innymi, nawałem życiowych spraw, które w pewnym momencie, okazuje się – totalnie przewracają dotychczasowy porządek rzeczy, jaki sobie ułożyliśmy. Trzeba też przyznać (by niektóre osoby nie miały mi tego za złe), że niektóre “wywrotki” mają ciekawe następstwa i bez nich życie byłoby nudne i szare. Bądź co bądź, kiedy takie chwile przychodzą, trzeba odłożyć sprawy mniej ważne na bok, żeby przypadkiem nie zaniedbać obowiązków.
Wracając jednak do samego wpisu. Tak jak pisałem wyżej, mam coś na swoje usprawiedliwienie ponad to, że mam za mało czasu. Mogę z największą szczerością powiedzieć o tym, że każdy wolny czas, w którym pojawiła się chęć na zajęcie się zdjęciami (TAK, “zajęcie się zdjęciami” – nie każdy wie, że aby powstało zdjęcie nie wystarczy tylko wcisnąć spust migawki – jest jeszcze dużo pracy, bo to matryca była bardziej brudna, niż się wydawało, a to ostrość złapana nie tam gdzie trzeba i wiele innych rzeczy, które sprowadzają nieuważnego fotografującego w Obróbka Street, przez którą trzeba przejść, choć to straszny, mokry i ciemny kawałek miasta zwany Fotografią), selekcjonowałem je, obrabiałem, czyściłem. I może akurat nie były to zdjęcia, które możecie oglądać niżej – te akurat obrabiałem w drugiej kolejności, zaraz po zdjęciach z Maroka (które mam nadzieję pojawią się na tej stronie jeszcze w najbliższej dziesięciolatce) – to przecież ZAJMOWAŁEM SIĘ ZDJĘCIAMI.
Dobrze, ale przechodząc dalej. Klika fotografii, które możecie przejrzeć na niniejszej stronie, oraz większą część w galerii, powstało tak na prawdę lekko ponad miesiąc po tym, jak opublikowałem ostatni wpis na blogu. Można więc śmiało powiedzieć: “Nie miałem materiałów, którymi mógłbym się pochwalić szerszej publiczności.”
Jednak, skoro już doszliście aż tutaj i spędziliście jakieś półtorej minuty na czytaniu tego chaotycznego tekstu, to pewnie chcielibyście się dowiedzieć co za zdjęcia ten Strzelecki chciał pokazać? Otóż na zdjęciach możecie oglądać widoki, jakie miałem okazję podziwiać będąc na kilkudniowym wypadzie w Tatry. Pierwszy raz w życiu miałem okazję wspiąć się na szczyty, których wcześniej (z racji młodego wieku) nie miałem okazji zdobyć. I może nie były to Rysy (one poczekają do przyszłych wakacji – choć niekoniecznie następnych), ale czuję wewnętrzną dumę, że zdołaliśmy (bo nie byłem tam sam – była również Agata, która dzielnie dotrzymywała mi kroku i znosiła moje coraz to dziwniejsze pomysły – jak na przykład spanie pod gołym niebem w środku Parku Narodowego i to podczas burzy) pokonać przeciwności losu i przejść kawałek Tatr Wysokich. Nie przedłużając… oto one.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

I tutaj zamieszczam ostatnie zdjęcie, które chciałbym, żeby było jednym ze wspomnień lata 2012, które spędziłem wspólnie z Agą… Kocham Cię:*

SONY DSC

Powrót

Kolejny raz wchodzę na tego bloga i co widzę? Ostatni wpis sprzed kilkunastu tygodni. Czas to zmienić!

Zauważyłem, że moja aktywność na tej stronie uzależniona jest od pór roku. A może to sprawa okresowych wyzwoleń spod okuć łańcuchów życia? No, może trochę przesadzam. Jednak, przeglądając mojego bloga, a raczej jego pięć ostatnich wpisów, począwszy od „Alfred’s birds”, a kończąc na „Geometrii światła” trudno nie oprzeć się wrażeniu, że jednak czynniki atmosferyczne i pewne życiowe momenty mają ogromny wpływ na moją pracę na rzecz fotografii. Weźmy na ten przykład mój ostatni wypad z aparatem. Zrobiło się ciepło, ja poczułem się trochę bardziej wolny i… zdjęcia gotowe. Wiadomo, kiedy człowiek jest zajęty milionem innych spraw, ani mu w głowie bieganie z pięciokilogramowym ładunkiem na ramieniu. Ale, gdy przychodzi moment, że pewien rozdział w życiu zostaje przez takiego człowieka zamknięty, zaczyna zauważać zmiany jakie dookoła niego zachodzą. Ja miałem szczęście, że zakończyłem ten rozdział akurat w momencie, gdy za oknem zaczęło robić się ciepło, a natura wyłożyła na stół wszystkie asy, które akurat miała w rękawie (a przynajmniej tak mi się wydaje).

Tak powstały zdjęcia, które prezentuję poniżej.

Mimo upału jaki zewsząd na mnie spadał, podążałem przez odsłonięte pola i zagajniki. Choć początkowo aparat jakby obraził się na mnie (być może miesięczna rozłąka zrobiła swoje) i każda próba zrobienia zdjęcia kończyła się pięciominutową debatą w mojej głowie na temat tego, jak powinno technicznie wyglądać dane ujęcie, to po kilkunastu minutach zaczęły zdjęcia wychodzić. Być może aparat wyczuł moją skruchę i postanowił jednak dać mi kolejną szansę.

Ogólnie trasa liczyła około dziesięciu kilometrów, podczas których wielokrotnie w ciągu pięciu godzin odbijałem z „głównej” trasy. Przeszedłem nowym nadodrzańskim deptakiem w Opolu w kierunku Kamionki, a następnie udałem się na Groszowice obok wysypiska śmieci.

Ostatnie zdjęcie, jakie tutaj zaprezentuję (choć nie ostatnie – reszta jest standardowo w mojej galerii na Picasa) niech się stanie symbolem mojego powrotu na łono fotografii. O ile znów się nie oddalę…

Reszta tak jak wspomniałem wcześniej w galerii. Zapraszam serdecznie do przeglądania i do wypowiadania się.

Geometria światła

Minął już ponad rok, od kiedy do folderu „Architektura” w mojej galerii zgrane było jakieś nowe zdjęcie. Czas to zmienić!

Wiosna wisi w powietrzu. Moja dusza poczuła jak znów wzywa ją zew i chęć robienia zdjęć. Szczerze mówiąc potrzebowałem tych kilku godzin z aparatem, aby chwilę odpocząć po ciągłej pogoni za szczęściem, którą sobie podczas ostatnich kilku tygodni zafundowałem. Sukces w jednym z głównych celów, który sobie obrałem postanowiłem… „wypstrykać” późnym wieczorem w Opolu. Stolica opolszczyzny staje się mi ostatnimi czasy coraz bliższa i czuję się z nią coraz coraz bardziej związany. Może właśnie dlatego postanowiłem, że upamiętnię część tego coraz to piękniejszego (od wiosny) miasta.

Za jeden z punktów docelowych wybrałem nowo wybudowany wiadukt nad dworcem Opole Główne i ulicą Armii Krajowej. Jakiś czas temu zaintrygował mnie, kiedy zobaczyłem wyłaniające się z mgły, niemal kosmicznie oświetlone przęsła. Postanowiłem, że wkrótce „spotykamy się” znów. I stało się…

Następnie udałem się nieco dalej, a tam zobaczyłem równie ciekawie oświetlone zejście z wiaduktu.

Ciekawą, geometryczną konstrukcją wydał mi się budynek PZU przy ulicy Ozimskiej, a konkretnie jego bok. Minutę na ustawienie aparatu, parametrów, trzydzieści sekund naświetlania i mamy to zdjęcie.

Kolejne zdjęcie prezentuje arkady przy rynku. Szereg stolików ustawionych pomiędzy nimi ładnie komponował się z linią lamp na sklepieniu.

W pewnej chwili dostrzegłem białą postać. Odwróciłem się w jej kierunku. Była to postać kobiety o kształtach… idealnych. Lampa punktowa oświetlała ją od boku tak, że jej krągłości zostały dodatkowo podkreślone. Przeciwieństwem wydała się wieża ratuszowa. Kanciaste kształty kontrastowały z postacią marmurowej pani.

Ostatnim punktem mojej nocnej podróży była „Wenecja” Opola. Tafla wody, niczym lustro odbijała budynki różnokolorowo oświetlone. Urok okolicy Młynówki zachwyciłby chyba każdego.

Reszta zdjęć jest oczywiście dostępna w galerii. Zapraszam serdecznie do odwiedzenia. Mam nadzieję, że się Wam spodobają.

„Wiosenna historia” – wydanie najnowsze

W zeszłym roku „wiosenną historię” rozpoczynały trampki (chodzi o wpis „Wiosenna historia” z zeszłego roku). Tym razem wiosnę na moim blogu zapowiadać będą rzeczy bardziej odpowiednie.

Ostatnimi czasy, a dokładnie od miesiąca w moim życiu pojawiała się o wiele większa ilość kwiatów niż przez pozostałe dni tego i część poprzedniego roku. Postanowiłem więc, że zachowam przynajmniej niektóre z nich, aby – kiedy już zniszczy je czas i kurz – mogły nadal żyć na zdjęciach. Przy okazji staną się symbolem zbliżającej się wielkimi krokami wiosny.

Pogoda od jakiegoś czasu nie rozpieszczała nas, a pomiędzy kolejnymi śnieżycami i falami syberyjskich mrozów, człowiek miał ochotę po prostu skończyć ze sobą. Chandra dopadła i mnie. Miałem dość kolejnych dni podczas których nie dało się wyjść z domu, nie opatulając się wcześniej w kilka warstw ciuchów. Na szczęście inni przetrwali – przetrwałem i ja.

Dziś, kiedy po niebie (choć za dość dużą ilością chmur) przesuwa się słońce, mam ochotę skakać pod sufit ze szczęścia.
Jeszcze większą radość sprawiły mi zdjęcia, które dotychczas były zamknięte w czterech ścianach malutkiego dysku notebooka, a które niedawno obrobiłem.

Ciepło, które bije z nich, przebija się do mnie i ogrzewając daje wiarę w to, że wiosna już niedługo nadejdzie. Że znów będzie ciepło, sucho i radośnie. Zniknie rozdrażnienie i chęć eksterminacji wszystkich kierowców pojazdów, którzy nie zatrzymywali się na przejściach dla pieszych, nawet gdy na zewnątrz panowała zamieć. Oby zima przez najbliższe kilka miesięcy nie powróciła, a przynajmniej nie tam, gdzie ja będę akurat przebywał.

Dla wszystkich tych, którzy również mają dość zimy umieszczam w tym wpisie te trzy zdjęcia róż herbacianych. Niech ocieplają i Wam serca…

%d blogerów lubi to: